Recenzja „Wszystko jest OK”

„Moja historia jest prosta, bo życie jest proste. To ludzie ją komplikują” – tym zdaniem Magdalena Matraszek otwiera swoją książkę i trudno o lepszy punkt wyjścia do tej opowieści. Bo rzeczywiście, to nie sama historia jest tu najbardziej złożona, lecz reakcje otoczenia, język, system i sposób, w jaki traktuje się kobietę w jednym z najbardziej wrażliwych momentów jej życia.

Już samo pytanie „czy wszystko OK?” tak powszechne, tak automatyczne – po lekturze tej książki zaczyna brzmieć inaczej. Oschle. Powierzchownie. Jakby z góry zakładało jedyną „właściwą” odpowiedź: „tak”. Jakby nie było w nim przestrzeni na prawdę, na złożoność, na ból. I właśnie tę przestrzeń otwiera Magdalena Matraszek. Brutalnie, bez upiększeń, ale też niezwykle autentycznie.

Autorka poprzez swoje opisy przenosi czytelnika w sam środek doświadczenia. Do świata, który nie jest ani metaforyczny, ani odległy. Jest fizyczny, surowy, momentami wręcz odpychający. To rzeczywistość brudna i zimna. Naznaczona krwią, procedurami i dotkliwym brakiem empatii. Jednocześnie sposób, w jaki autorka pisze, ma w sobie coś poetyckiego. Jej język potrafi być czuły wobec traumy, a jednocześnie bezpośredni do granic dyskomfortu.

Silnie wybrzmiewa tu przekonanie, że to, co nienazwane, rzekomo boli mniej. Książka pokazuje jednak coś przeciwnego. Przemilczenie nie koi, lecz pogłębia samotność. Ta samotność jest jednym z najmocniejszych doświadczeń opisanych w tej historii. Bo choć autorka przebywa wśród ludzi: w szpitalu, wśród personelu, w systemie – pozostaje niewidzialna. Sprowadzona do ciała. Do przypadku. Do procedury.

Szczególnie poruszające są momenty, w których język używany wobec niej obnaża dehumanizację. Z jednej strony jest pouczana jak dziecko, co więcej sama bywa tak nazywana. Chwilę później pojawiają się bezosobowe określenia, które odbierają jej podmiotowość całkowicie. Ten kontrast jest nie tylko bolesny, ale i wstrząsający w swojej prawdziwości.

Jednocześnie książka nie zatrzymuje się wyłącznie na emocjach. Autorka wplata w swoją narrację rzetelne informacje dotyczące praw kobiet, co nadaje tej historii dodatkowy wymiar – nie tylko osobisty, ale i społeczny. Dzięki temu czytelnik nie tylko współodczuwa, ale też zaczyna rozumieć mechanizmy, które stoją za tym doświadczeniem.

Magdalena Matraszek prowadzi nas trzema ścieżkami – przez utratę ciąży, przez doświadczenie aborcji, ale także przez narodziny. Te ostatnie wnoszą do tej opowieści moment oddechu: nadzieję, radość, światło. Nie są jednak przedstawione w sposób uproszczony czy idealizowany. Autorka nie ucieka od pokazania, że również one zmieniają rzeczywistość: fizycznie, emocjonalnie, życiowo. Niezależnie od kontekstu, emocje pozostają intensywne: wściekłość, bezsilność, smutek, ale też momentami ulga i czułość. To nie jest książka, która pozwala zachować dystans. Ona wciąga, konfrontuje, momentami wręcz przytłacza. Jednak w tym wszystkim jest

też siła. Bo kiedy głos autorki zaczyna wybrzmiewać głośniej, kiedy odzyskuje przestrzeń dla siebie, czytelnik odczuwa to niemal fizycznie. Te momenty rezonują równie mocno jak te najtrudniejsze. Może właśnie dlatego ta książka, mimo swojej ciężkości, staje się także formą wsparcia – dla innych kobiet, dla osób z podobnym doświadczeniem, dla tych, którzy chcą zrozumieć.

„Wszystko jest OK” to nie jest łatwa lektura. To książka, która zostaje pod skórą. Która boli, złości i wzrusza jednocześnie.

Ale przede wszystkim to książka potrzebna.

Bo oddaje głos tam, gdzie zbyt często zapada cisza.

0
    0
    Twój Koszyk
    Twój Koszyk Jest Pusty